wtorek, 21 października 2014


polityka chińskiego rządu w Tybecie zawsze 
opierała się na zasadzie kija i marchewki
marchewka to były pieniądze - z Pekinu płynął wielki strumień dotacji
inwestowano w infrastrukturę i podwyższano pensje
w rezultacie Tybet rozwijał się znacznie szybciej niż reszta Chin -
w tempie 12 proc. w ciągu ostatnich 15 lat
kijem były obostrzenia dotyczące tybetańskiej kultury i religii
od połowy lat 90. nieustannie przykręcano śrubę -
zakazano studentom i urzędnikom oddawania czci Dalajlamie
zabroniono wszelkich praktyk buddyjskich - 
ograniczono liczbę mnichów
Tybetańczycy muszą mieć specjalne pozwolenie 
aby udać się do stolicy Lhasy (...)
na dodatek marchewka zmieniła się w kij:
bo inwestycje spowodowały masowy napływ Chińczyków -
Lhasa jest dziś nie tylko miastem klasztorów
lecz także burdeli nocnych klubów i sztucznych palm
a Tybetańczycy stają się w niej mniejszością
to wszystko ma katastrofalne skutki -
jak mówił jeden z przedstawicieli rządu na wygnaniu 
w indyjskiej Dharamsali:
"młodzi Tybetańczycy którzy tu przybywają
nie mówią między sobą po tybetańsku tylko po chińsku -
marzą aby spotkać w Dharamsali białą kobietę
a potem wyemigrować do USA czy Europy"

newsweek.pl